Lewocza
[Na długi weekend w Słowacki Kras, Gemer i na Węgry, 07.06.2007r. część 13]
Lewocza jest często określana jako “klejnot spiskiej korony”, czyli najpiękniejsze miasto, najpiękniejszego regionu Słowacji. To pełne uroku, zabytkowe miejce, nie wolno pominąć podczas wakacyjnych wojaży. Praktyczne każdy zaułek jest tutaj godny uwagi i ma posmak świata, który dawno już przeminął.
Spotkała nas tutaj jednak pewna niemiła przygoda, o której opowiem na końcu.
W Ratuszu mieści się muzeum Lewoczy. Zachęcony niską opłatą za robienie zdjęć, wykupiłem stosowny bilet i … w całym muzeum nie było prawie nic wartego sfotografowania!
Kościół gotycki św. Jakuba, to drugi największy kościół na Słowacji. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, o pełnych godzinach.
Piękne gotyckie wnętrze. Sklepienie krzyżowo-żebrowe.
Słynny, 18 metrów wysoki, drewniany ołtarz św. Jakuba Apostoła, to najwyższy gotycki ołtarz na świecie. Powstał w pracowni mistrza Pawła z Lewoczy.
W kościele bardzo starych i przepięknych ołtarzy jest kilkanaście. Ocalały również rzeźby, a miejscami nawet malowidła ścienne.
Nawa boczna z ciekawym sklepieniem i balkonami.
Zabytkowe kamieniczki na Rynku.
Atrakcją Lewoczy jest klatka hańby. Tutaj zamykano czarownice i niewierne żony.
Piękna kamienica Thurzonów ze stylową, renesansową attyką.
A takimi oto malowidłami, ozdobiono fragment ogrodzenia remontowanego kościoła św. Jakuba. Prawda, że sympatycznie?
No i muszę tutaj napisać o jeszcze jednej, niezbyt przyjemnej przygodzie, którą przeżyliśmy na zakończenie długiego weekendu na Słowacji. Otóż wiadomo, że państwo to zamieszkuje mniejszość narodowa Romów. Nie inaczej jest i w Lewoczy. Zaraz po zaparkowaniu samochodu w centrum miasta, zbliżyła się do nas nieduża grupka “biednych dzieci”. A że miałem w ręku czekoladę, to małe rączki od razu wyciągnęły się po nią w proszącym geście. Cóż, żona zawsze mówi, że dziecku należy dać i nie ma co żałować, bo to nigdy nie wiadomo, więc poczęstowałem spragnione słodyczy dzieciaki.
No i momentalnie pożałowałem tego co zrobiłem. Te maluchy, to była grupka miejscowych nicponi. Zobaczyły naiwnych turystów, więc rozpoczęły frontalny szturm na wszystko co dało się zjeść albo zabrać! Jedne wyjadły mi do końca całą czekoladę, drugie wyciągnęły z bagażnika herbatniki, jakiś mały łepek otworzył tylne drzwi i już się do czegoś przymierzał! Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli. Ryknąłem na nie, zatrzasnąłem szybko bagażnik, wszystkie drzwi, wyrwałem z ręki ciastka i przegoniłem do wszystkich diabłów. Udało się na szczęście obyć bez strat, oprócz słowackiej czekolady studenckiej, której i tak nie lubię.
Udany pobyt w Słowacji postanowiliśmy zakończyć wizytą w pobliskiej lodziarni. Specjały tam mieli naprawdę niezłe i aż ślinka ciekła na sam ich widok. Wrodzona ostrożność kazała mi jednak zachować czujność. I nie omyliłem się. Na pierwszy dźwięk syreny alarmowej, wyskoczyłem ze środka i pognałem prosto do samochodu. Grupka dzieci już tam się ponownie zebrała, a ten najmniejszy i najbardziej umorusany, jakimś cudem otworzył okno i wkładał rękę do środka, aby coś ukraść. Wystarczyłoby parę sekund spóźnienia i już musiałbym się pożegnać z moją kurtką.
Na szczęście cała przygoda skończyła się tylko małym zamieszaniem i nauczką na przyszłość. Cóż, biedne dzieci ulicy.